Historia Choroby
1 września 2009 – jak grom z jasnego nieba spadla na nas wiadomość o chorobie mamy. Diagnoza brzmiała – Nowotwór złośliwy. Wcześniej lekarze twierdzili , że to zwykłe mięśniaki .Jeden dzień w szpitalu. Krótka operacja i po chorobie. Kilka dni po łyżeczkowaniu przyszły wyniki , sprawdzane dwa razy wróciły do nas z niedowierzaniem i prośbą o kolejna weryfikacje. Kolejna weryfikacja u prywatnego histopatologa sprawiła, że już po kilku dniach mama leżała na stole operacyjnym. Do dzisiaj pamiętam ten dzień. Leżała nieprzytomna na sali pooperacyjnej. Pielęgniarki wpuściły mnie tylko na 5 minut. Spokojna , wyciszona po silnej narkozie spytała tylko czy już po wszystkim , chwyciłam ją za rękę ,żeby poczuła ,że jestem przy niej ,że jest bezpieczna …Ręka zimna , mokra , przeraźliwie mroźna – serce mi zamarło kiedy pielęgniarka ze spokojem stwierdziła , że igła kroplówki wysunęła się z żyły… Wszystko co podtrzymywało ją przy życiu spływało po ręce na pościel szpitalnego łóżka. Wtedy pomyślałam sobie ile dla mnie znaczy każda minuta spędzona przy niej , jak ważne jest wsparcie rodziny i jak bardzo zależni jesteśmy od bliskich , którzy o nas dbają i kochają….
Dla świata jesteś nikim ale dla nas jesteś całym naszym światem… mamusiu !
Nie minął tydzień od operacji kiedy przetaczając krew podawali jej już pierwszą chemie.
Z nadzieją o lepsze jutro dzielnie wchodziła do szpitala po kolejne dawki trucizny. Nie raz uginały jej się nogi na samą myśl o szpitalnych drzwiach ale wstawała dzielnie i szła dalej. Z uśmiechem na twarzy przyjmowała każdą chemie wierząc , że będzie tylko lepiej. Po 6 miesięcznej męczarni nadzieje nasze opadły. Chemia nie pomogła a organizm był już tak wykończony , że kolejna dawka chemii była już tylko zagrożeniem życia. Jej system immunologiczny był tak osłabiony ,że krwawiły jej dziąsła , usta , pękała skóra a wyniki krwi nieopanowanie spadały z dnia na dzień .Transfuzja krwi to już była dla nas codzienność .I tak mijał miesiąc za miesiącem ….Szczuplutka , malutka , bezbronna istotka z misiem w ręce i chustką na głowie wykończona leczeniem w spokoju wracała do domu. Spacer z pokoju do kuchni był dla niej największym wyzwaniem i największym wysiłkiem z jakim mogła sobie poradzić w ciągu dnia. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa a chemia była wtedy jedynym pokarmem osłabionego już organizmu. Nie przyjmowała innego posiłku , kropla wody stawała jej w przełyku a każda myśl o jedzeniu przyprawiała o mdłości. Męczyło ją zmęczenie ale nie mogła spać , każde wypowiedziane słowo sprawiało , ze czuła się coraz gorzej. Nie mogła chodzić , nie mogła siedzieć ani leżeć , nie mogła czytać , nie mogła rozmawiać , bidulka nie mogła znaleźć dla siebie miejsca pośród ludzkości. Jej oczka były smutne ale w duszy wiedziała , że nie jest sama. Słaba od zewnątrz a niezwykle silna od środka udowadniała nam każdego dnia , że za miłości i wsparcie pokona każdy ból i cierpienie.
Jej siła walki pozwoliła nam na to , ze nie poddaliśmy się woli lekarzom… kiedy szpital odmówił nam dalszego leczenia postanowiliśmy leczyć się sami….
Kupiłam książkę „Anty-rak” Dr.David Servan-Schreiber i dowiedziałam się , ze rak tkwi uśpiony w każdym z nas i tylko od nas a nie od lekarzy zależy czy uda się nam przed nim obronić.
”Zawsze uważałem , ze największy problem medycyny naukowej polega na tym , iż nie jest dostatecznie naukowa. Nowoczesna medycyna stanie się naprawdę naukowa dopiero wtedy , gdy lekarze i pacjenci naucza się kierować silami ciała i umysłu , wyrażającymi się przez vis medicatrix naturae ( uzdrawiającą moc natury ) ” Prof.Rene Dubos
Każdy z was czytając tą historie może postawić się w tej samej sytuacji ,myślisz , ze jesteś zdrowy , zbadaj się bo mama tez była zdrowa … każdy z nas jest nosicielem Komórek rakowych i każdy z nas musi nauczyć się z nimi żyć. Mama tym bardziej bo ma ich trochę więcej niż przeciętny człowiek ale to nie oznacza , że my z nimi nie wygramy. Autor książki żyje do dzisiaj z rakiem mózgu , którego wykryto 15 lat temu. My również idziemy śladami Dr.Davida. Nieprzespane noce szukanych rozwiązań , optymizm , wiara we własne siły i determinacja doprowadziły mnie do źródeł alternatywnych terapii dzięki którym mama stanęła na własne nogi.
Odtruliśmy organizm ziołami z Peru , leczyliśmy się Amygdaliną z kliniki w Meksyku , wprowadziliśmy dietę warzywno – owocową (Metoda Gersona) i do dzisiaj mama nie straciła swojej wiary. Tylko dzięki silnej swojej woli i pozytywnym myśleniu żyje z nami i dla nas a nie obok nas. Jesteśmy z niej dumni bo z dnia na dzień zwalcza komórki rakowe swoim uśmiechem i energia do życia jakby to było jej wrodzone zadanie dnia.
Obecnie szykujemy się na wyjazd do kliniki w Monachium.Wszystkie siły skierowane są do tego by wyjechać jak najszybciej na leczenie , którego nie ma jeszcze w Polsce. Pokładamy w tej teorii wiele nadziei i wierzymy , że próbując nie tracimy nic – zyskać jednak możemy bardzo wiele. Nie pozwolimy by brak środków i mozliwości leczenia decydował o życiu naszych najbliższych…zrobimy wszystko co w naszej mocy by udowodnić światu , że pomimo wszystko wiarą i nadzieją , optymizmem i wsparciem najbliższych zwalczymy tą chorobę.”Bo życie jest takie piękne” jak to powiedziała mama.Pomóżmy jej żyć !!